Potrzeba realnej demokracji, czyli co z tego, że Brexit?

Co to jest Brexit? Wyniki referendum w sprawie Brexit - 24 czerwca 2016 źródło: bbc.com

Stało się. Wielka Brytania wychodzi z Unii Europejskiej. Zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii oddali 52% głosów, natomiast przeciwnicy Brexitu oddali odpowiednio głosów 48%. Coś, co Nigelowi Farage’owi, liderowi Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa i zarazem głównemu organizatorowi kampanii zwolenników Brexitu, jeszcze kilka godziny przed ogłoszeniem wyników referendum wydawało się niemożliwe, stało się faktem.

Po tym jak Farage oświadczył nad ranem 24 czerwca mediom, że po konsultacjach ze znajomym analitykiem przewiduje w ogólnonarodowym referendum zwycięstwo zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej, wyniki z poszczególnych regionów zaczęły stopniowo napływać wywracając oczekiwania nie tylko Farage’a, ale i całego liberalnego, europejskiego establishmentu.

Anglia mocno zagłosowała za wyjściem z Unii wynikiem 53,4% do 46,6%. Walia podobnie, 52,5% za wyjściem, 47,5% za pozostaniem w UE. Gigantycznym pęknięciem w jedności Wielkiej Brytanii jest za to zdecydowane zwycięstwo zwolenników pozostania w UE w Szkocji (62% zwolenników pozostania do 38% przeciwników) i północnej Irlandii (55,8% przeciwników Brexitu i 44,2% zwolenników wyjścia). Innym znaczącym podziałem jest istotna różnica pomiędzy miastem a wsią, mniejszymi miejscowościami. Londyńskie 59,9% za pozostaniem w UE stoi w rażącym konflikcie z praktycznie całą resztą Anglii.

Tuż po ogłoszeniu oficjalnych wyników swoją dymisję w przeciągu trzech miesięcy do października bieżącego roku ogłosił premier Wielkiej Brytanii, David Cameron. Pojawiły się plotki, że następnym prawdopodobnym następcą w fotelu premiera będzie obecny burmistrz Londynu, Boris Johnson.

Wydaje się, że zwycięstwo Brexitowi dał bardziej brak silnej opcji prounijnej, niż konkretna wizja przyszłości samotnej Wielkiej Brytanii pod sztandarem eurosceptyków. Podobnie podział rysuje się przy obecnych wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Siłą Donalda Trumpa jest w ogromnej mierze brak silnego poparcia Hilary Clinton przez samych jej (deklaratywnych przynajmniej) zwolenników. Ale dużym błędem jest wrzucanie do jednego worka europejskich zwolenników Brexitu i Amerykanów wybierających Trumpa. To zupełnie różne polityczne oceany, które, mimo stosu różnic, łączy jeden wartki nurt – chęć radykalnej zmiany, cokolwiek miałaby oznaczać. Zmiany za wszelką cenę, także wbrew sztucznie narzuconym przez elity ekonomiczne tezom o racjonalności ekonomicznej jednostek – założeniu, że w obliczu straszenia m.in. ogromną recesją po wystąpieniu Wielkiej Brytanii z UE „zdrowy rozsądek” przeważy i społeczeństwo wybierze mądrze. Nie wybrało, a na pewno nie zdaniem europejskich liderów i ekonomistów rozpisujących się o twardym lądowaniu finansów Wielkiej Brytanii po Brexicie.

I może właśnie ci piszący o nadciągających wielkich problemach mają rację. Nie da się ukryć, że rynki, jak na nie przystało, na informację o wynikach referendum zareagowały natychmiast. Kurs funta brytyjskiego momentalnie spadł o 11% do najniższego poziomu od 1985 roku. Ogromny spadek zanotował też europejski indeks giełdowy Stoxx 600 nurkując o 6,6% swojej wartości. A to dopiero początek skomplikowanej ekonomicznej reakcji łańcuchowej, która właśnie się rozpoczęła.

Co ciekawe, jednym z elementarnych założeń Brexitu, podobnie jak całej przetaczającej się obecnie przez Europę, nabierającej na sile prawicy jest nacjonalizm. Idea, że należy odkopać i odwikłać narodowe państwa spod biurokratycznej sieci i układów brukselskich elit. Ale efekt może się okazać przeciwny od zamierzonego. Jest coraz bardziej prawdopodobne, że Wielka Brytania się politycznie i społecznie rozleci.

Rzadko kiedy można zarazem obserwować taką analityczną bezradność. Praktycznie wszystkie teksty, które czytałem zgadzają się w jednym – nikt tak naprawdę nie ma pojęcia jakie będą długofalowe konsekwencje wyników właśnie ogłoszonego referendum. Na ten moment możemy jedynie lepiej lub gorzej mówić o przyczynach, które doprowadziły do takiego wyniku i zgadywać, co dla Wielkiej Brytanii i całej Europy przyniesie przyszłość.

Jedno jednak pozostaje dla mnie absolutnie jasne. Niezależnie od wyniku mamy do czynienia z festiwalem realnej demokracji. Możesz się nie zgadzać z takim czy innym wynikiem, uważać, że Europa a konkretniej Unia właśnie naprawdę zaczęła tonąć i uważać to za dramat lub zaczyn świetlanej przyszłości – nie ulega jednak wątpliwości, że ludzie dobitnie zadecydowali. Wybrali nie tylko sprzeciwem wobec jakkolwiek rozumianych elit ale i rekordową frekwencją o której w Polsce możemy na razie niestety tylko pomarzyć – 71,8% uprawnionych do głosowania, czyli ponad 30 milionów obywateli poszło do referendum 23 czerwca 2016 roku, to największa frekwencja w Wielkiej Brytanii od 1992. I może własnie to – niezależnie od opinii czy stało się Twoim zdaniem dobrze czy źle – jest najlepszym co teraz może zdarzyć się w Europie. Więcej demokracji, referendów i realnego wpływu na kształt polityki – tej lokalnej i europejskiej.

Skomentuj poniżej, polub na Facebookusubskrybuj na YouTube, albo nie. Tak czy inaczej miłego dnia. Kontakt: napixelowany@gmail.com.

Adam Szymczyk